Zmarła Helena Zawistowska

Przeszła radzieckie łagry, aresztowana w Wilnie przez NKWD w 1944 roku. W Gdańsku całe życie była lekarką. Pisała także baśnie dla dzieci. 

Zmarła 29 kwietnia 2021 r.

Helena Zawistowska, z domu Hajdukiewicz, urodziła się 3 stycznia 1922 roku w Wilnie. W czasie okupacji działała w AK i studiowała medycynę na tajnym Uniwersytecie Stefana Batorego. „Skończyłam pierwszy rok tajnych studiów. Zajęcia odbywały się w domach profesorów. Były nawet kolokwia”.

Jej ojciec, Władysław Hajdukiewicz, był przez całą wojnę w delegaturze Rządu Londyńskiego na okręg wileński. „Był naczelnikiem wydziału przemysłu i handlu. Ja byłam w AK. Niemcy nas nie rozpracowali, ale Sowieci, niestety, dosyć szybko. Przyszli w nocy 31 grudnia 1944 roku. Dwie godziny przeszukiwania i rewizji, ale nie znaleźli dowodów na nas. Ale co tam, i tak nas aresztowali. Zabrali resztę biżuterii mojej mamy, z tego, co zostało po wojnie, niby na „przechowanie”. Nigdy nie oddali. Zabrali osobno mnie i mamę, a osobno brata i tatę” – wspominała.

Siedziba NKWD w Wilnie była na rogu ulic Mickiewicza i Ofiarnej. „Zrobili mi fotografię, zdjęli odciski palców. W podziemnej celi siedziałyśmy z mamą tydzień. Później przenieśli nas do głównego więzienia na Łukiszkach. Tam kolejne trzy miesiące. Potem wyczytali moje nazwisko, wyciągnęli z celi i wsadzili do transportu dwustu kobiet w stronę Rosji Radzieckiej. Był 10 marca 1945 roku, miałam wtedy 23 lata. Żadnego sądu, od razu wyrok – więźniarka polityczna. Na dworze ostry mróz, a my w wagonach bydlęcych. Upakowano nas po 40 osób do wagonu. Karmili nas solonymi śledziami, straszne pragnienie po takim jedzeniu. Zgłosiłam się do roznoszenia wody. Doszłam do pierwszego wagonu z tą wodą dla więźniów, patrzę, a tam siedzi mój brat! Co za szczęście! Żyje!”.

1 kwietnia 1945 roku dotarła do Jełszanki koło Saratowa. „Obóz pracy; mężczyźni – na budowę, kobiety – do kopania rowów. Ja powiedziałam, że jestem po medycynie i dlatego zostałam pielęgniarką. Przeżyłam, choć byłam bardzo słaba, miałam anemię”.

Choć trudno w to uwierzyć, w obozie pani Helena poznała… swojego przyszłego męża. „Nie było w obozie oddzielnej zony dla mężczyzn i kobiet. Dopiero potem rozdzielali. Więc mogliśmy rozmawiać. On przyjechał kolejnym transportem z Wilna. Tak się poznaliśmy. Młodzi chłopcy i dziewczyny w jednym obozie stalinowskim. Sytuacja mało romantyczna”. 

Później przeszła kolejne dwa obozy pracy, jeden w Gruzji, następny pod Leningradem…

Całość wspomnień i rozmowy z autorką m.in. książek „O zaginionych żeglarzach i latającej szafie” , „W państwie podziemnego gnoma”, „Od Willi po Uklę” za gdansk.pl.

Tagi